Nie ma tego złego, przynajmniej nadrobiłam książkowe zaległości i mogłam na chwilę poczuć się jak domatorka, a bardzo mi tego brakowało przez ostatnie tygodnie. Jednak trzeba czasem posiedzieć w domu i zająć się nicnierobieniem, po takim resecie ma się więcej zapału do życia, przynajmniej przez chwilę :).
No i oczywiście starałam się trochę poeksperymentować w kuchni,a jako że uwielbiam jeść wszelkiej maści surowe warzywa to szukałam sposobu na urozmaicenie (ile można chrupać marchewkę i ogórka? Strasznie monotonne na dłuższą metę.). I znalazłam! Spring rollsy!
Przygotowanie jest banalnie proste. Właściwie potrzebujemy tylko papier ryżowy i warzywa, ja dodałam jeszcze trochę koziego sera, ale wydaje mi się że wędzone tofu byłoby lepszy w tym przypadku, niestety moja lodówka świeciła pustkami więc wykorzystałam to co akurat miałam pod ręką.
Ja użyłam ogórka, marchewki, czerwonej papryki,awokado i rukoli. Jak widzicie składniki wystarczy pokroić w plasterki a potem zawinąć w zwilżony papier ryżowy. Na opakowaniu powinna być dokładna instrukcja jak to zrobić, mi na początku nie wychodziło to zbyt pięknie, ale to kwestia wprawy. Takie springrollsy możecie maczać w samym sosie sojowym albo w sosie sojowym zmieszanym z jakąś oliwą, albo olejem np.rzepakowym (najlepiej tłoczonym na zimno i nierafinowanym bo taki normalny do smażenia nie ma zbyt zachwycającego smaku). Olej ułatwi rozpuszczenie i wchłonięcie witamin z warzyw więc warto te składniki połączyć aby czerpać z jedzenia wszystko co najlepsze.
A to już zdjęcie z deszczowego spaceru po krakowskim Podgórzu i Kazimierzu. Ten znak jest na bulwarach koło kładki Bernatki. Wydaje mi się że to instalacja z okazji festiwalu artboom, ale ręki sobie uciąć nie dam. W każdym razie idealnie oddaje mój stan ducha w ostatnim czasie. W ogóle to są chyba moje ulubione dzielnice w Krakowie. Przez czas liceum, kiedy wszyscy zawsze sie spotykali ,,na rynku" albo ,,na Szewskiej" ścisłe centrum mi się chyba już przejadło. Po za tym sam rynek jest bardziej urokliwy w południe albo o poranku niż w godzinach wieczornych kiedy jest okupywany przez pijanych Anglików świętujących wieczór kawalerski (to chyba już taki krakowski stereotyp, ale serio, jest ich mnóstwo!). Podobnie planty, kocham je w ciągu dnia, kiedy mogę siąść na ławce, poczytać książkę i poobserwować ludzi śpieszących w nieznanych kierunkach, nawet żule są jacyś milsi, a wieczorem? Wolę nie chodzić sama. Na Kazimierzu jest jakoś inaczej. Mimo że turystów jest coraz więcej to jest jakiś specyficzny klimat, który sprawia że lubie tam przebywać. Właściwie to nie wiem czy naprawdę jest taki wyjątkowy czy tylko sobie to tak wmawiam.
W każdym razie ostatnio byłam na nocy synagog i mogłam w końcu je zobaczyć od środka. Wiecie że Kazimierz jest jedynym miejscem w Polsce gdzie ilość synagog na tak małym obszarze jest tak duża? Jest ich 7 i są w odstępie maksymalnie 5 minut drogi spacerkiem. To niesamowite, że kiedyś cała dzielnica była zamieszkana przez Żydów i oni wszyscy zostali właściwie skazani na śmierć. Okropne. Ale czy tylko mi się wydaje że ludzie przed wojną byli o wiele bardziej tolarancyjni religijnie? Muszę chyba jakoś zgłębić ten temat bo to fascynujące.
Wracając do nocy synagog to w jednej z nich był koncert. Zakochałam się w tym zespole. Wszyscy członkowie to ortodoksyjni Żydzi z Jerozolimy i grają połączenie rocka, hip hopu i funky. Naprawdę dali czadu! Wyobrażacie sobie że w katolickim kościele gra zespół rockowy? Bo ja nie. Zespół nazywa się Shtar. Serdecznie polecam. Postaram się może następnym razem dodać jakiś link do ich muzyki.
A to kilka street artowych widoków z Kazimierza i Podgórza.
Lubię takie kwiatki urozmaicające mury. Mam nadzieję że się podobają ;).
PS Wszystkie zdjęcia robię telefonem więc wiem, że niestety nie powalają jakością :(. Mam nadzieję że się dorobie kiedyś jakiegoś porządnego aparatu.





