niedziela, 29 grudnia 2013

Nowy rok, stare plany

 Jak co 12 miesięcy rok chyli się ku końcowi. Z jednej strony jest to czas świątecznej sielanki, lub dla niektórych świątecznego koszmaru. Z drugiej czas podsumowań. Przyznajcie się, pamiętacie swoje postanowienia noworoczne? Ile z nich zrealizowaliście? A ile już kompletnie straciło wartość?
  Pewnie jak większość ludzi nie zrealizowaliście nawet połowy i być może powodem nie było Wasze lenistwo i brak motywacji, tylko dezaktualizacja celów. Dlatego ja w zeszłym roku nawet nie siliłam się na ich wymyślanie. Przecież przez jeden rok może się tyle zmienić, że sprawy, które zaprzątały nam głowę w zeszłe święta są dokładnie tyle samo warte co śnieg który wtedy padał (chociaż śnieg to ostatnio bardziej kojarzy mi się z wielkanocnym zajączkiem niż choinką). Pewnien mądry człowiek, ktory żył bardzo, bardzo dawno temu,w czasach kiedy pisało się rozprawy filozoficzne zamiast blogów - Heraklit powiedział, że wszystko płynie. Właśnie ten rok dał mi to wyraźnie do zrozumienia i dlatego nie będę go podsumowywać, mimo że był niezwykle ważny, bogaty w nowe doświadczenia, było dużo radości, przedmaturalnego stresu, mnóstwo pierwszych razów, niesamowitych przeżyć, ale też trochę smutku i problemów, zwłaszcza pod koniec. Nie będę go podsumowywać bo to nie ma znaczenia, przeszłość była, nie mam na nią wpływu, nie wejdziesz dwa razy do tej samej rzeki chodźbyś bardzo chciał, za każdym razem kiedy stykasz się z wodą wszystko jest już inne, inne cząsteczki wody, inna temperatura, inny skład chemiczny. Warunki są zmienne więc nawet wnioski, które wyciągasz z popełnianych błędów w przyszłości mogą się okazać bezużyteczne. 
  Nie chce żeby moje życie płynęło z roku na rok, z miesiąca na miesiąc czy z dnia na dzień, chce żeby stworzyło jedną piękną całość. Jeśli wyznaczę sobie cel teraz to nie będę czekać do 1 stycznia na jego realizacje, tylko rozpocznę teraz, bo to jedyny dobry moment. 
  Bardzo dużo rzeczy na mnie spadło w ostatnim czasie, dotarły do mnie informacje, które mnie przerosły, zrobiłam coś z czego nie jestem dumna i bałam się, że sobie nie poradzę, że się poddam tak jak kiedyś niejednokrotnie robiłam, ale przynajmniej uświadomiłam sobie co jest dla mnie naprawdę ważne i do czego chce dążyć. Wiem, że to będzie wymagało podjęcia trudnych decyzji i bardzo ciężkiej pracy, ale zrobię to, choćby po to żeby udowodnić sobie i całemu światu że potrafię.
Wam życzę dużo siły na nadchodzący rok, dążcie do tego co sprawia Wam radość, nie oglądajcie się na innych.


Nawet Krakowskie mury mogą powiedzieć coś mądrego.


niedziela, 1 grudnia 2013

Nie jestem patriotką

   Ten tekst powstał niedługo po wydarzeniach z 11 Listopada, jednak długo wahałam się czy powinnam go opublikować. Nie chciałabym się w żaden sposób mieszać do polityki i wypowiadać na jej temat bo nie znam się na niej. Jednak stwierdziłam, że mogę na swoim blogu opublikować swoją opinie i nie powinnam się jej wstydzić. Zaznaczam jednak, że to jest moje zdanie i szanuje każde inne.
Aktualnie pracuje nad pewnym bardzo osobistym postem, który nie będzie pewnie należał do najłatwiejszych, ale mam nadzieję że po nim będę mogła się skupić na przyjemniejszych sprawach :).

   W świetle niedawnego święta naszło mnie na refleksje o patriotyzmie, i wszystko wskazuje na to że nie mam z nim nic wspólnego, ani nie chce mieć. Dlaczego? Ponieważ akceptuje wszelką inność, nie przeszkadza mi czy kobieta kocha kobietę, facet faceta, czy ktoś wierzy w Boga, Allaha, Jahwe, Ziemowita, Siły Natury czy Latającego Potwora Spaghetti, czy ktoś głosuje na taką czy inną partie, dopóki nie robi nikomu krzywdy uważam, że ma prawo do życia tak jak mu się podoba, w końcu każdy ma własne sumienie po to żeby żyć według niego, mimo że według mnie właśnie moje sumienie może być jedynym słusznym. 
   Nie jestem patriotką ponieważ nie manifestuje tego jak wiele mój kraj dla mnie znaczy. Nie dodaje na Facebooka cytatów o tym jak bardzo nie lubie czerwonego koloru. Nie lubie patriotycznych stron nawołujących do walki o niepodległą. Nie robie sobie zdjęć w biało czerwonym szaliku (ewentualnie zielono białym, czerwono niebieskim i z innymi kombinacjami).
Nie jestem patriotką ponieważ nie uważam że wszystko jest źle, doceniam to że żyjemy w wolnym kraju i możliwości jakie mi daje integracja z innymi państwami. Dostrzegam rozwój i zmiany na lepsze jakie nastąpiły przez ostatnie kilkanaście lat.
Nie jestem patriotką bo nie żywię nienawiści do Rosjan.

   Jeśli myślicie że patriotyzm to miłość do ojczyzny, dbanie o jej dobre imię i o to żeby miała się dobrze to zatrzymaliście się ma poziomie lekcji języka polskiego w gimnazjum.
Prawdziwi patrioci niszczą stolice swojego Państwa, wyrywają bruk i rzucają racami, atakują policjantów i obce państwa, śpiewają kibicowskie przyśpiewki i wykrzykują nienawistne hasła a potem i tak zasłonią się walką o niepodległość. 

http://bi.gazeta.pl/im/1a/ea/e3/z14936602Q,Demonstrant-z-polska-flaga-na-pl--Zbawiciela--W-tl.jpg

   Tak, jestem za odrestaurowaniem tęczy na Placu Zbawiciela, chce ją w końcu zobaczyć w pełnej okazałości.

piątek, 9 sierpnia 2013

Wychodzę ze strefy komfortu!

  A cóż to jest ta strefa komfortu? Ano strefa, której kurczowo się trzymam i wyjście poza nią wiąże się dla mnie z wieloma obawami, jest bezpieczna, przytulna i bardzo ją kocham ale jest bardzo zaborcza, chce mnie mieć na wyłączność i sprawia że wciąż stoję w miejscu. Taka mała egoistyczna zagroda, którą sobie przez 19 lat budowałam we własnej głowie. Kiedyś to był pewnie małym płotek, który jako małe ciekawskie dziecko z łatwością przeskakiwałam, ale z czasem było tylko gorzej, teraz to już wielki mur ze wszelkimi możliwymi zbrojeniami i wartownikiem co 10 metrów. Już go nie przeskoczę, pozostało mi tylko go zburzyć. I tak zrobię! Bo kiedy jak nie teraz? Jeśli chcę spełniać marzenia, żyć pełnią życia, realizować cele to najlepszym momentem żeby zacząć jest dziś.



  Domyślam się że moja definicja strefy komfortu jest nieco pokrętna, ale jestem pewna że każdy choć raz w życiu o niej słyszał. Generalnie chodzi o ten głos w naszej głowie który powstrzymuje nas od robienia nowych rzeczy, zawsze znajdzie jakieś ,,ale": ,,ale co jak Ci się nie spodoba", ,,ale przecież tu Ci dobrze", ,,ale nikogo tam nie znam", ,,ale nie jestem tak dobra jak oni", ,,ale tak sama?", ,,ale to za trudne", ,,ale to nie dla mnie", ,,ale po co?", ,,ale to nie wypada". Wymieniłam tylko wątpliwości, które są dla mnie najbliższe, ale na pewno każdego stopuje co innego, i nie ma w tym nic złego, złe to jest wtedy kiedy pozwalamy aby tak zostało. 




Można spędzić całe życie odbębniając wszystkie szkoły, studia, znaleść pracę, założyć rodzinę, wychować dzieci i spędzać każdy dzień według utartego schematu. Oczywiście że tak można, wiele ludzi tak żyje i nawet deklarują że są z tym szczęśliwi. Bardzo cieszę się ich szczęściem, ale nie uważacie że to trochę za mało jak na całą treść życia? Osobiście nie chciałabym być opisywana jako tylko ,,kochająca żona i matka". Tak, wiem, brzmi jak tekst wyjęty z nekrologu, ale właśnie o to chodzi! Skoro mówimy o życiu musimy też wspomnieć o sprawach ostatecznych. Bo mamy na tym świecie określony czas do wykorzystania i tylko od nas zależy co z nim zrobimy. Nikt nam nie daje nieograniczonej liczby okazji, więc jeśli jakaś się natrafia trzeba z niej korzystać (i z całą pewnością nie mówię tu o okazjach zakupowych! Bo ostatnio to słowo większości społeczeństwa kojarzy się tylko z konsumpcją). Cofnijmy się na chwilę do średniowiecza. Wyobraźmy sobie że średnia życia człowieka nie wynosi 75 lat, tylko 30, w porywach 40. Co byś zmienił w swoim życiu? Na pewno nie chciałbyś żeby każdy dzień wyglądał podobnie.
  Strefa komfortu dużo zgrabniej i lepiej jest opisana na blogu ,,życie jest piękne", więc pozwolę sobie podać wam link do artykułu  http://www.zyciejestpiekne.eu/jak-wyjsc-po-za-strefe-komfortu/ . Bardzo go polecam, tak samo jak całego bloga, który jest niezwykle motywujący.

                   


 Przechodząc do rzeczy, nie mam zielonego pojęcia jak skutecznie opuścić tą strefę! Ale próbuje od jakiegoś czasu robić małe kroczki. Oto kilka z nich:
1. Piszę tego bloga! Nie wiem jak długo będę to robić, nie wiem jak często, nie wiem ile osób będzie go czytać, ale sam fakt że się odważyłam jest już czymś. I każdy wpis jest dla mnie małym sukcesem. Bo zawsze chciałam mieć bloga, z podziwem czytałam inne, ale bałam się założyć swój własny. No właśnie ,,ALE". ,,Ale ja nie potrafię pisać", ,,ale przecież nie mam nic do powiedzenia", ,,ale jest już tyle blogów". I jakoś się tak złożyło że mimo wszystko blog powstał, skromny, nie idealny, ale mój.
2. Jestem śpiochem. Potrafię spać 12 godzin i sprawia mi to przyjemność, ale czas przelatuje między palcami! Jak myślicie, co zwykle robiłam w wakacje? Tak! Spałam do południa. Właściwie to kiedy moja rodzina jadła obiad to ja zjadałam śniadanie. Tym razem postanowiłam to zmienić i staram się codziennie wstawać o 9. Nie jest to wyjątkowo wczesna godzina, choć dla mnie to bardzo duży postęp i zmiana w dobrą stronę. No i mam z tego same korzyści! Dni zrobiły sie jakieś takie dłuższe a wcale nie chodzę niewyspana. W ten sposób przedłużam sobie i tak najdłuższe wakacje w moim życiu.
3. Należę do osób raczej wycofanych. Spędzam czas głownie z bliskimi znajomymi i czasem zdarzało mi się rezygnować z pewnych rzeczy tylko dlatego bo byłabym skazana na towarzystwo osób z którymi nie mam kontaktu na codzień. Tak samo nigdzie nie ruszałam się sama z domu. Nikt nie miał czasu się spotkać? Trudno, to nigdzie nie idę. Nie pamiętam kiedy ostatnio wyszłam do miasta bez żadnego konkretnego celu, tak żebym nie była umówiona z nikim ani nie miała nic do załatwienia. Przynajmniej nie pamiętałam do wczoraj. Wczoraj po prostu nie oglądając się na nic wyszłam z domu i spędziłam przyjemny czas sama ze sobą w parku, w którym ostatnio byłam jako dziecko. I chociaż nie działo się nic ciekawego ani przełomowego to przynajmniej na chwilę zmieniłam otoczenie a to naprawdę dużo zmienia, myśli robią się jakieś takie bardziej przejrzyste. I mogłam sobie poobserwować ludzi a to też jest inspirujące. Usiadłam na trawie i zaraz obok mnie trójka osób biegała w kółko i wykonywała dziwne, bardzo specyficzne ruchy jakby odprawiali jakiś rytuał, nie mam pojęcia co to było ani co miało na celu, ale robili to z pasją przez ponad godzinę. Niewiele dalej grupa ludzi uprawiała jakąś wschodnią sztukę walki, na boisku chłopcy zawzięcie grali w siatkówkę i wykonywali ewolucje na deskorolkach. W ogóle tam wszędzie było tyle ruchu i tyle życia! A temperatura dochodziła do 38 stopni! Całe miasto było martwe, ja umierałam z gorąca a oni wszyscy robili coś co sprawia im radość.



4. Uwielbiam czytać, ale zwykle sięgałam po beletrystykę. Tym razem wybrałam reportaż i przeczytałam ,,Cesarza" Kapuścińskiego w ciągu dwóch dni. Nie jest to wielka zmiana, może nie stałam się od razu wielbicielką tego gatunku, ale spróbowałam czegoś nowego i nie żałuje. Zwłaszcza że dzięki temu też przydażyła mi się osobliwa sytuacja. Kiedy siedziałam na krakowskich plantach i czytałam czekając na tramwaj przysiadł się do mnie mężczyzna w średnim wieku i zagaił właśnie o moją lekturę. Zaczęliśmy rozmowę na Kapuścińskim, przeszliśmy przez ubój rytualny, wegetarianizm, studia aż doszliśmy do prawa i okazało sie że właściwie to rozmawiam z wykładowcą podstaw prawa. Zaoferował mi że może mi wysłać mailem opracowane przez niego notatki i rzeczywiście wysłał a istnieje duże prawdopodobieństwo że mi się przydadzą bo będę miała taki przedmiot na swoich studiach. W każdym razie miło tak porozmawiać z kimś zupełnie obcym z innego świata.
5. Ja, fanka starego rocka słuchałam dzisiaj cały dzień dupstepu chociaż zawsze się przed tym broniłam rękami i nogami (chyba że byłam już nieco odurzona), i o dziwo muszę stwierdzić że nie jest tak źle jak myślałam. Jutro zrobię sobie chyba dzień z polskim hip hopem.

Narazie tyle jestem w stanie wymienić, mam nadzieję że ta lista będzie się szybko wydłużać bo już czuję że to naprawdę ma sens. Mam zamiar zrobić sobie listę rzeczy których zawsze chciałam spróbować ale się bałam. I zachęcam Was do tego samego! Opuść swoją strefę komfortu razem ze mną, spotkajmy się razem już poza nią :)! Zmień coś, zrób coś innego niż zwykle, cokolwiek! Make the jump! Ważne żeby w ogóle spróbować. 



poniedziałek, 15 lipca 2013

Breakfast, lovely breakfast...

   ,,Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia"- tą regułkę znają chyba wszyscy. Powtarzali nam to w przedszkolu, powtarzali w szkole a teraz powtarzają w lifestylowych gazetach zapewniając że dzięki temu będziemy szczupłe, piękne i wiecznie młode. I zgadzam się z tym w stu procentach. Nie wyobrażam sobie dnia bez śniadania, naprawdę, dla mnie dzień bez jakiegokolwiek posiłku po przebudzeniu jest jak plaża bez szumiącego morza, albo książka z niewidzialnymi literami, niby jest ale nie ma sensu. Nawet jak czasem chodzę na badania krwi na które trzeba iść na czczo to zawsze się czuje jak w jakimś transie, nic nie zjadłam, znaczy że dzień się nie zaczął.
  Naprawdę jestem ogromnie wdzięczna moim rodzicom, że od początku wpajali mi ten nawyk do głowy. Że chociaż nie wiem jak późno wstaliśmy, jak bardzo byliśmy spóźnieni śniadanie zawsze trzeba było zjeść, czy to w pośpiechu czy nie. Bez tego nie wychodziło się z naszego domu i nadal nie wychodzi. Teraz to doceniam, zwłaszcza jak obserwuje ludzi którzy po prostu nie przywykli jeść o wczesnych porach bo nikt w ich rodzinnym domu nie uznawał tego za istotne, bo przecież rano jest tyle rzeczy do zrobienia a czas goni. Tym osobom naprawdę ciężko jest się przestawić bo zjedzenie czegokolwiek rano wiąże się z uczuciem ciężkości przez cały dzień a nawet z mdłościami. Trzeba organizm przyzwyczajać stopniowo a nie każdemu się chce, ale naprawdę jest to gra warta świeczki.
   Śpimy średnio 7-8 godzin (przynajmniej tyle powinniśmy aby nasz organizm miał szanse się w pełni regenerować), wyobrażacie sobie w ciągu dnia zupełnie nic nie jeść przez taki okres czasu? Myśle że burczenie brzucha nie dałoby Wam spokoju. A w ciągu nocy również zużywamy energię, mimo snu nasze ciało cały czas ciężko pracuje nad tym aby wszystko było z nami w porządku, oddycha, trawi, przeprowadza termoregulacje, przewraca nas z boku na bok aby krew dochodziła równomiernie do każdej komórki, nawet nasz mózg nie jest całkiem wyłączony i dostarcza nam czasem piękne a czasem koszmarne obrazy. Wcale nie jest tego tak mało, nie? Więc w podzięce za to że nasze ciało dbało o nas kiedy my odpoczywaliśmy dostarczmy mu energię na początek dnia! To naprawdę nie jest tak dużo. Dobrze skomponowane śniadanie daje lepszego kopa niż kawa, działa dużo dłużej i nie ma skutków ubocznych. W ogóle picie na rozbudzenie tylko kawy jest dla mnie nieporozumieniem, ona nie dostarczy nam witamin i błonnika, nie rozkręci naszego metabolizmu a tylko wypłucze nam niezbędne minerały, w tym magnez który odpowiada m.in. za koncentrację. 
  Sama ostatnio wyznaje zasadę, że im piękniejsze śniadanie zjadam tym piękniejszy dzień mnie czeka. I to działa! Dlatego staram się żeby to co jem było nie tylko smaczne i pożywne ale również ładnie wyglądało. A ostatnio kiedy mam rano więcej czasu (chociaż czasem to moje rano to już prawie południe), moim ulubionym posiłkiem są placuszki z kaszy manny. Są po prostu idealne. Robi się je szybko i banalnie prosto, nie są za słodkie, idealnie komponują się ze wszelkimi dodatkami takimi jak dżemy, czekolada, owoce i jestem po nich syta długie godziny. Nie ma nic lepszego niż wstać, usmażyć sobie cały talerz takich placuszków, polać sosem truskawkowym, siąść na słonecznym tarasie i zajadać czytając książkę. Przy tym cała moja rodzina na tym korzysta bo mi zawsze wychodzi za dużo. To się nazywa upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, a raczej dwa śniadania, ja zjadam pierwsze a moi rodzice drugie.
  

      Przepis pochodzi z tego bloga http://smakocie.blogspot.com/2013/04/placuszki-z-kaszy-manny.html jednak ja go trochę zmodyfikowałam. Zrezygnowałam z mleka krowiego i cukru na korzyść mleka owsianego i syropu z agawy.

 Składniki:
Na placuszki
-1 i 1/3 szklanki kaszy manny
-1 łyżeszka proszku do pieczenia (chociaż ja dałam pół, jakoś nie jestem wielką zwolenniczką tego wynalazku)
-1-2 łyżeczki syropu z agawy
-1 szklanka mleka roślinnego
-1 jajko
-2 łyżki oleju
-szczypta soli
-olej do smażenia

Na sos
-kilkanaście umytych dużych truskawek
-kilka listków mięty

 Przygotowanie:
Wszystkie składniki mieszamy ze sobą i odstawiamy na chwilę. W tym czasie możemy blenderem rozprawić sie z truskawkam i miętąi i przygotować sos. Jak ciasto trochę zgęstnieje to smażymy placki na średnim ogniu na rumiany kolor po kilka minut z każdej strony. Następnie polewamy sosem truskawkowym, dodajemy ulubione owoce, ozdabiamy listkiem mięty i cieszymy się nowo rozpoczętym dniem :).



Zastanawiam się tylko czym mogę zastąpić jajko tak żeby nie stracić nic na ich delikatności ani smaku. Chciałabym eliminować produkty odzwierzęce tam gdzie tylko się da bo całkiem z nich zrezygnować narazie nie potrafię. 

Kilka innych śniadaniowych inspiracji:

Kanapki na domowym chlebie z serem mascarpone i gorgonzola, awokado i siemieniem lnianym.

Kasza manna na mleku owsianym z czekoladą, truskawkami i bananami.

Kanapki z kozim serem,  pomidorem i rukolą na domowym chlebie. W środku jest rzodkiewka i kawałki czarnej rzepy.

Mleko owsiane z musli (schowało się) i owocami.

Jajecznica ze szparagami i koktajlem truskawkowo bananowym.

A tu placuszki z kaszy manny w trochę innym wydaniu, z nektarynką i dżemem z czarnej poprzeczki.

Mam nadzieję że Wam się spodobało i że choć trochę zachęciłam Was do jedzenia śniadań. Pamiętajcie, że Wasze śniadania nie muszą być tak obfite jak moje, jedzcie tyle ile czujecie że potrzebujecie, może to być sam owocowy koktajl, albo tylko dwie kanapki, ale postarajcie się żeby znalazło się na nich wszystko co najlepsze (zdecydowanie kromka z masłem i żółtym serem albo samą szynką nie dostarczy Wam zbyt wielu cennych składników), starajcie się żeby było kolorowo i pożywnie :).

  Pozdrawiam Was serdecznie, 
                                Iguana

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Wspomnienia z pory deszczowej

  Od kilku dni pogoda jest piękna, w końcu słońce wyjrzało zza chmur i można na całego cieszyć się letnią aurą. Ale wcześniej nie było tak kolorowo, szczerze mówiąc nawet nie wiem ile dni tak ciągle padało i padało... Wiem na pewno, że w trakcie moich matur pogoda była wakacyjna i tylko marzyłam aż będe mogła z niej korzystać po egzaminach, ale (o ironio!) z ostatniej matury wychodziłam w strugach deszczu z nadzieją, że to jednak tylko tak popada przez chwilę, niestety, tak już zostało...
Nie ma tego złego, przynajmniej nadrobiłam książkowe zaległości i mogłam na chwilę poczuć się jak domatorka, a bardzo mi tego brakowało przez ostatnie tygodnie. Jednak trzeba czasem posiedzieć w domu i zająć się nicnierobieniem, po takim resecie ma się więcej zapału do życia, przynajmniej przez chwilę :).
No i oczywiście starałam się trochę poeksperymentować w kuchni,a jako że uwielbiam jeść wszelkiej maści surowe warzywa to szukałam sposobu na urozmaicenie (ile można chrupać marchewkę i ogórka? Strasznie monotonne na dłuższą metę.). I znalazłam! Spring rollsy! 

 

Przygotowanie jest banalnie proste. Właściwie potrzebujemy tylko papier ryżowy i warzywa, ja dodałam jeszcze trochę koziego sera, ale wydaje mi się że wędzone tofu byłoby lepszy w tym przypadku, niestety moja lodówka świeciła pustkami więc wykorzystałam to co akurat miałam pod ręką. 

  

Ja użyłam ogórka, marchewki, czerwonej papryki,awokado i rukoli. Jak widzicie składniki wystarczy pokroić w plasterki a potem zawinąć w zwilżony papier ryżowy. Na opakowaniu powinna być dokładna instrukcja jak to zrobić, mi na początku nie wychodziło to zbyt pięknie, ale to kwestia wprawy. Takie springrollsy możecie maczać w samym sosie sojowym albo w sosie sojowym zmieszanym z jakąś oliwą, albo olejem np.rzepakowym (najlepiej tłoczonym na zimno i nierafinowanym bo taki normalny do smażenia nie ma zbyt zachwycającego smaku). Olej ułatwi rozpuszczenie i wchłonięcie witamin z warzyw więc warto te składniki połączyć aby czerpać z jedzenia wszystko co najlepsze.

                         

A to już zdjęcie z deszczowego spaceru po krakowskim Podgórzu i Kazimierzu. Ten znak jest na bulwarach koło kładki Bernatki. Wydaje mi się że to instalacja z okazji festiwalu artboom, ale ręki sobie uciąć nie dam. W każdym razie idealnie oddaje mój stan ducha w ostatnim czasie. W ogóle to są chyba moje ulubione dzielnice w Krakowie. Przez czas liceum, kiedy wszyscy zawsze sie spotykali ,,na rynku" albo ,,na Szewskiej" ścisłe centrum mi się chyba już przejadło. Po za tym sam rynek jest bardziej urokliwy w południe albo o poranku niż w godzinach wieczornych kiedy jest okupywany przez pijanych Anglików świętujących wieczór kawalerski (to chyba już taki krakowski stereotyp, ale serio, jest ich mnóstwo!). Podobnie planty, kocham je w ciągu dnia, kiedy mogę siąść na ławce, poczytać książkę i poobserwować ludzi śpieszących w nieznanych kierunkach, nawet żule są jacyś milsi, a wieczorem? Wolę nie chodzić sama. Na Kazimierzu jest jakoś inaczej. Mimo że turystów jest coraz więcej to jest jakiś specyficzny klimat, który sprawia że lubie tam przebywać. Właściwie to nie wiem czy naprawdę jest taki wyjątkowy czy tylko sobie to tak wmawiam. 
W każdym razie ostatnio byłam na nocy synagog i mogłam w końcu je zobaczyć od środka. Wiecie że Kazimierz jest jedynym miejscem w Polsce gdzie ilość synagog na tak małym obszarze jest tak duża? Jest ich 7 i są w odstępie maksymalnie 5 minut drogi spacerkiem. To niesamowite, że kiedyś cała dzielnica była zamieszkana przez Żydów i oni wszyscy zostali właściwie skazani na śmierć. Okropne. Ale czy tylko mi się wydaje że ludzie przed wojną byli o wiele bardziej tolarancyjni religijnie? Muszę chyba jakoś zgłębić ten temat bo to fascynujące.
Wracając do nocy synagog to w jednej z nich był koncert. Zakochałam się w tym zespole. Wszyscy członkowie to ortodoksyjni Żydzi z Jerozolimy i grają połączenie rocka, hip hopu i funky. Naprawdę dali czadu! Wyobrażacie sobie że w katolickim kościele gra zespół rockowy? Bo ja nie. Zespół nazywa się Shtar. Serdecznie polecam. Postaram się może następnym razem dodać jakiś link do ich muzyki.

A to kilka street artowych widoków z Kazimierza i Podgórza.
                           

                        

                        

Lubię takie kwiatki urozmaicające mury. Mam nadzieję że się podobają ;).

PS Wszystkie zdjęcia robię telefonem więc wiem, że niestety nie powalają jakością :(. Mam nadzieję że się dorobie kiedyś jakiegoś porządnego aparatu.